Opis książek/historii, które pojawią się na moim blogu.

Witajcie,
Postanowiłam stworzyć ten wpis, bo na bocznym menu zabraknie mi miejsca. Tutaj będą pojawiać się opisy moich opowiadań. Z boku zawsze będzie wyświetlany tylko ten, który obecnie będę wrzucać. Trochę tego będzie. Opisów z czasem będzie przybywać, bo co chwila mam nowe pomysły na historie.

Czytaj dalej

Informacja!! Trochę się zastałam!!

Witajcie,
Trochę sie zastałam w czytaniu opowiadań na blog.pl. To po części nie moja wina. Przez jakis czas nie miałam laptopa, a po tym publikowałam w innym miejscu. Ale chyba czas się ogarnąć  i znów tutaj coś wrzucić, ale nie wiem…. czy będę publikowała SKS w tej formie w jkaiej jest obecnie. Chciałabym to  opowiadanie trochę pozmieniać. W ogóle to mam w planach duży remoncvik opowiadań (Empatki, Słonecznego Miasta i  Klubu Srebrnych Strzał). Muszę też ponadrabiać zaległości u Was. I naprawdę postaram się to zrobić.
Pozdrawiam Irma.

SKS Księga 1. Magiczny Pierścień – Rozdział 20 Fałszywy pergamin (cz.1).

STAŁA obok Daniela, a ludzie robili jej zdjęcia. W wielu spojrzeniach widziała podziw. Ona marzyła tylko o tym aby odejść stamtąd jak najszybciej.
- Chodźmy stąd – zwróciła się do Daniela błagalnie. – Muszę zobaczyć, co z Martą.
Spojrzał na nią zaskoczony
- Dobrze. Jak sobie życzysz – odpowiedział, ale czuła, że jest dumny z tego, co zrobiła.
Skręcili w prawo i przeszli kawałek. Daniel przytrzymał dla niej taśmę, by mogła przejść. Podeszli do dużego, zielonego pojazdu z tyłu na podwyższeniu ujrzała przyjaciółkę. Wyglądała lepiej, na czole miała plaster. Osmolone, miejscami podarte ubranie oraz potarganie włosy i brudną twarz.
- Cześć, Marta – przygarnęła przyjaciółkę. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że nic ci się nie stało. Strasznie się o ciebe bałam – spojrzała w oczy.
- Dziękuję za ratunek – odpowiedziała wodna czarodziejka ochryple. Złapał ją kaszel, więc przyłożyła sobie do ust maskę tlenową. – Nie pamiętam, co się wydarzyło, tylko jakiś urywki i zamazane obrazy…. Ale to w tej chwili nie jest istotne. Naprawdę nie wiem jak ci się odwdzięczę – dodała z wdzięcznością w głosie.
- Jeśli czujesz się na siłach, to możesz już iść – odezwał się starszy mężczyzna o siwych, rzadkich włosach i pogodnej twarzy. – Nie przejmuj się, gdybyś odczuwała bóle głowy czy nóg. Weź tabletkę, a gdyby to nie pomogło zgłoś się do Lecznicy.
- Dobrze, dziękuję – odpowiedziała Marta z delikatnym uśmiechem.
Wstała i odeszła razem z przyjaciółmi.
Szli i szli. Eryka nadal pozostawała w transformacji.  Kiedy skręcili w jedną z bocznych ulic, gdzie stała dziewczyna o jasnych, zimnych oczach i kpiącym uśmiechu, o drobnym nosie i ładnych rysach twarzy. Stroju mrocznej przemiany nie widziała, ponieważ promienie słoneczne nie sięgały tułowia. Włosy miała jasne i długie uplecione w dwa grube warkocze, tworzące wianek na głowie.
- Czy ciebie naprawdę nie można się pozbyć? – zapytała lodowatym, rozłoszczonym i znużonym głosem.
- Melinda Vanesco – odgadła Eryka patrząc pogardliwie na przeciwniczkę.
- Zgadza się, a ty coś za jedna? – odparła przenosząc wzrok na przyjaciółkę Marty.
Posłała jej pewny siebie uśmiech.
- Jestem Eryka Piotrowicz – przedstawiła się wyniosłe i w teatralny sposób. –  Jestem przyjaciółką Marty. Jeśli przyjdzie, ci do głowy aby zrobi jej krzywdę, to najpierw będziesz musiała wałczyć ze mną!
- Eryka, nie trzeba mówić takich rzeczy – odezwała się Marta spokojnie i lekko ochrypłym głosem.
Melinda tylko na to czekała. W kierunku Eryki i Marty posłała strumień energii. Niestety dziewczyny nie miały jak uciec, a Eryka nie zdążyła użyć zaklęcia tarczy. Marta padła na ziemię, ale Erykę uderzenie odrzuciło na ulicę. Gdy strumień w nią trafił przeszło ją zimno, pozbawiając tchu.
- Nie, Eryka! – krzyknał przerażony i zrozpaczony Daniel. – Ty wiedźmo!!
Daniel wyciągnął łuk, napiął cięciwę i wystrzelił strzałę za strzałą. Daniel nie przestawał nacierać, a Melinda z okrutnym uśmiechem stała ukryta za tarczą.
- Melinda, Przestań – krzyknęła Marta z ziemi, patrząc na dawną przyjaciółkę bagalnym wzrokiem, ale nie mając możliwości zagregowania.
- Bo co? – zaśmiała się szyderczo. – Skopiesz mi dupę? Przecież nie masz siły!
Zaśmiała się ponownie.
Wreszcie Eryka poczuła jak chłód ustępuje z jej ciała. Powoli i chwiejnie stanęła o własnych siłach.
- Ona nie może, ale ja tak!
Wyciągnęła ręce przed siebie i uwolniła energię ognia. Oczy czarownicy zrobiły się większe ze zdziwienia i strachu. Tym razen negatywne emocje – strach – nie pomogły czarownocy, a wręcz zadziałały przeciwko niej. Magia Eryki uderzyła w Melindę z taką siłą, że tamta przeleciała przez uliczkę. Eryka wygrała pojedynek. Wściekła i pokonana czarownica odleciała. Byli bezpieczni.
- Wygaszenie transformacji – powiedziała dziewczyna, wykonując zwykłą sekwencję.
- Jesteś niesamowita – pochwalił ją chłopka z szerokim uśmiechem, chowając łuk.
Podszedł do niej i objął ramieniem.
- Tak, zgadzam się, byłaś dzisiaj niezastąpiona – dodała Marta, otaczając ją z drugiej strony.
Policzki ognistej zaróżowiły się.
- Dobra, chodźmy już do zamku – mruknęła zmieszana i szybko pognała do przodu.
Pozostała dwójka uśmiechnęła się do siebie i ruszyło za nią.
Słońce powoli zaczynało zachodzić nad Poterland. Trójka przyjaciół wracała do swoich miejsc zamieszkania.

●●●  Czytaj dalej

SKS Ksiega 1. Magiczny Pierścień – Rozdział 19 Ogień i krystaliczny lód (cz.2).

●●●

W nocy rozpętała się ulewa
Tymczasem Laura śniła, że idzie mrocznym tunelem. Przytłaczała ją ciemność. Nie wiedziała gdzie się znajduje. Gdzie jest góra, a gdzie dół. Masa jakby falowała na niewidzialnym wietrze, mieniąc się srebrnym blaskiem.
Nagle dziewczyna ujrzała rzed sobą promień światła i kontur kwadratu. Ku swemu zaskoczeniu znienacka znalazła się w małym, przestronnym, jasnym pomieszczeniu. Masa książek walała się po pokoiku, które ułożono na wielkiej półce zajmującą całą długość ściany. Książki ułożono pionowo, skośnie i pod różnymi innymi możliwymi kątami. Na środku stało biurko z jasnego dębowego drewna. Obok niego skromny, ciemnobeżowy fotel z ogromnym, wąskim oparciem (Laurze kojarzył się z tronem). Światło padało przez wielkie okno z witrażami w rogach. Promienie padały na biurko i regał. Wszystko spowijała lekka fluorescencyjna mgiełka.
Czarodziejka mrugnęła kilkakrotnie, by ją odgonić. Po krótkiej chwili zauważyła dyrektorkę Nicocką. Siedziała w fotelu, a naprzeciwko niej dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna. Laurze wydawali się znajomi. Nie widziała ich twarzy. Stała koło regału, czyli naprzeciwko okna. Ale nawet ich ubiór nie był wyraźny. Szczegóły się rozmazywały. Mimo tego wszystkiego miała dziwnie poczucie bliskości jakby gdzieś już ich kiedyś widziała, a teraz nie mogła przypomnieć sobie gdzie.
- Przybyliśmy tutaj aby odzyskać to co do nas zależy – zabrzmiał znajomy męski głos (basowy, zachrypnięty). – Zabieramy Alex do domu!
Jego głos odbił się echem, a gwiezdna czarodziejka znów znalazła się w tunelu z okrzykiem sprzeciwu:
- NIE!!
Gwałtownie otworzyła oczy i usiadła.
Lampka przy łóżku Alex została włączona. Mrok został nieco rozproszony.
- Hej! Zgaś to! – jęknęła Laura, zasłaniając oczy. – Alex,  zgaś to!
- Laura? Nic ci nie jest? – łóżko ugięło się pod ciężarem siostry. – Obudziłaś mnie swoim krzykiem – w jej zaspanym głosie słabo zabrzmiała nutka oskarżenia.
Laura nie mogła się pozbierać przez wizję, której doznała przed kilkoma sekundami. Dotyczyła Alex. Usiadła i spojrzała na bliźniaczkę smutno.
- Nic mi nie jest – stwierdziła zaspawanym, ale stanowczym tonem.
- To dlaczego patrzysz na mnie w tak smutny sposób? – przed Alex nic się nie ukryje.
- Wydaje ci się – powiedziała Laura stanowczo.
- Jak chcesz.
Alex wzruszyła ramionami, wstała i udała się z powrotem pod ciepłą kołdrę. Nakryła się po same uszy. Zgasiła jeszcze światło i na powrót zapadła w sen. W przeciwieństwie do Laury. Ta nie mogła zasnąć przez pół nocy. Rozmyślała o tym, co się jej przyśniło. Leżała tak i słuchała szumu wiatru i stukotu kropli o szybę w oknie.
Wreszcie i ją zmorzył sen. Niespokojny sen. Czujny sen.

SKS●●● Czytaj dalej

SKS Księga 1. Magiczny Pierścień – Rozdział 19 Ogień i krystaliczny lód (cz. 1).

ARTUR obudził się wczesnym rankiem. Nie pamiętał snów jakie go dręczyły, ale niezbyt dobrze spał tej nocy. Chcąc się obrócić na drugi bok, zorientował się, ze coś leży na jego klatce piersiowej. Gdy spuścił wzrok z ogromnym zdziwieniem spostrzegł gęste, czarne włosy, rozrzucone na jego ciele. Opanował się. Delikatnie przesunął włosy dziewczyny, by móc się przyjrzeć twarzy nieznajomej. Była blada i wychudzona, ale znajoma. Przeżył szok, dlatego nie rozpoznał jej od razu. Dopiero po kilku sekundach wiedział kim była.
- Marta? – zapytał szeptem zaskoczony.
Dziewczyna spała spokojnie. Widział, że jest wykończona.
Podskoczył, gdy drzwi komnaty otworzyły się i weszła pokojówka, by nagrzać w pokoju. Stała przez chwilę spoglądając z niesmakiem na rozgrywającą się scenę.
- Przepraszam, czy może mi pani pomóc? – szepnął na tyle głośno, by go usłyszała, ale na tyle cicho, by dziewczyna się nie obudziła.
- Tak, panie – powiedziała Maria, podchodząc do Księcia. – Kim jest ta młoda dama?
- To Marta – wyjaśnił Artur. – Pomoże mi pani ściągnać ją na poduszkę? A i prosiłbym o dyskrecję.
- Oczywiście. Zrobię wszystko, co wasza książęca mość rozkaże – przyrzekła kobieta ostrożnie przesuwając Martę na poduszkę. – I przyniosę coś do jedzenia.
- Dziękuję – - powiedział z wdzięcznością w głosie.
Wyszła, zostawiając go sam na sam ze śpiącą dziewczyną. Niespiesznie ubrał się i przeszedł do drugiego pokoju. Jadalnia była podłużna. Po lewej stronie ciągnęło się długie i wysokie okno, przez które wpadały poranne promienie słońca. Nie zwracając uwagi na stół, skierował się ku ścianie, gdzie wcześniej ukrył kamerę. Urządzenie nagrywało wszystko, co działo się w jego sypialni, podczas snu. To taki element bezpieczeństwa. Inaczej musiałby mieć pod drzwiami strażnika.
Wyjął ją z otworu i włączył. Zobaczył cały przebieg zdarzenia. Od momentu, gdy Marta dostała się do jego sypialni, aż do świtu, kiedy zasnęła na jego klatce piersiowej.
Usłyszał jak drzwi w drugim pokoju otwierają się i po chwili ujrzał służącą z tacą pełną jedzenia, którą postawiła na stole.
- Była tutaj przez całą noc! –oznajmił książę z niedowierzaniem. – Siedziała tu aż do świtu.

SKS●●● Czytaj dalej

SKS Księga 1. Magiczny Pierścień – Rozdział 18. Pokonanie mocy księżyca.

MARTA wciąż cierpiała po rozstaniu z Arturem, ale ukrywała to przed sobą i innymi. Co noc śniła o ukochanym. Były one tak realistyczne: wszystkie sceny i związane z nimi w tym czasie odczuwane emocje, aż do chwili  rozstania, tu budziła się ze łzami w oczach, szybko bijącym sercem i przyspieszonym oddechem. W dzień skupiała całą swoją energię na zajęciach: zadaniach domowych i zadawanej lekturze i tym podobnych rzeczach. Przyjaciółki nauczyły się nie poruszać tematu Artura.
Styczeń był pełen sprawdzianów, trudnych tematów na lekcjach i szukaniem informacji dotyczących pergaminu. Przez te wszystkie sprawy Marta poprawiła się w nauce, przez przesiadywanie w szkolnej i planetarnej bibliotece zdobyła mnóstwo przydatnych wiadomości.
Na samym początku lutego dyrektorka wezwała Martę do gabinetu w sprawie jej ojca.
– Wezwałam cię do siebie, ponieważ chcę porozmawiać o tobie i twoim ojcu. Chcę żebyś wiedziała, że twój ojciec opowiedział mi co się stało na Sardynii. Od tym, że o mało nie zginęłaś.
Marta patrzyła na dyrektorkę tak jakby zaraz miała się rozpłakać.
– W związku z tym chciałabym się dowiedzieć – kontynuowała dyrektorka z drżeniem w głosie. – Co się dzieje? Dlaczego całą energię wlewasz w naukę? I co się dokładnie wydarzyło na pod koniec grudnia?
Dziewczyna spuściła wzrok. Wiedziała, że dłużej nie wytrzyma. Po chwili pierwsza łza spłynęła po policzku nastolatki.
– On mnie zostawił! – wykrztusiła wreszcie Marta.
– Kto cię zostawił? – spytała delikatnie Nizocka, patrząc na dziewczynę z troską w oczach.
– Artur, on mnie zostawił – powtórzyła urywanym głosem.  – Pod koniec grudnia, w nocy dostałam od niego wiadomość, w której informował mnie o chęci spotkania.
Dyrektorka milczała.
Marta wzięła głęboki wdech i kontynuowała:
– Wymknęłam się z zamku i spotkałam się z nim pod murem szkoły. Potwierdził tyko to co wiedziałam wcześniej….. – przerwała, by wziąć kolejny wdech. – Ale tym razem dodał, że ma już kogoś.
Pani Barbara Nizocka dalej milczała, a na twarzy młodej kobiety nie malowały się żadne emocje i tylko oczy zdradzały stan ducha – rozetkę i ogromne współczucie.
– Wiesz, że wcale nie musiałaś nic mówić, nic opowiadać? – spytała łagodnie intensywnie patrząc dziewczynie w oczy.
– Wiem – odparła Marta wypranym z emocji głosem. – Ale chciałam – dodała.
– O tym co mi powiedziałaś, wiedziałam już wcześniej – wyjawiła lekko się uśmiechając. – Tamtej nocy nie spałam i siedziałam tutaj w gabinecie, i patrzyłam w to lustro – wskazała wielkie lustro stojące na prawo. – Zobaczyłam cię jak przemykasz się do drzwi wejściowych, a gdy nie mogłaś ich otworzyć, kierujesz się do kuchni i korzystasz z tylnych drzwi, w których zawsze jest klucz.
– To w takim razie dlaczego nie ukarała mnie pani wtedy?! – spytała Marta ccho.
– Mogłam ukarać cię od razu, ale wiem co przeżywasz…. Chciałam poczekać aż sama się przyznasz – uśmiechnęła się przebiegle do Marty. – Przykro mi, ale muszę twojej drużynie zabrać sto dwadzieścia punktów.
Marta wiedziała, że za ucieczkę i za nocne włóczęgostwo mogła pozbawić drużynę dwustu piętnastu punktów. Teraz jej drużyna spadła na trzecie miejsce.

●●● Czytaj dalej

SKS Księga 1. Magiczny Pierścień – Rozdział 17 Magiczny artefakt (cz.2).

●●●

- O kurczę, przegapiłyśmy piętro – powiedziała Marta.
- Nie przegapiłyśmy – poinformowała ją Pająkela. – Jesteśmy na drugim piętrze. Chyba jesteś już bardzo zmęczona, co?
Gdy winda znów ruszyła zapanowała idealna cisza. Na trzecim piętrze wysiadły Marta i Pająkela, a na czwartym Eryka i Kasia, na piątym Ania i Zuzanna.
Marta nie spala dobrze tej nocy. Prześladowały ją koszmary. Gdy się obudziła, wstała z łóżka i podeszła do biurka. Wyciągnęła z niego pamiętnik, usiadła, zapaliła lampkę i napisała:

27 grudnia, piątek

JEST PO PÓŁNOCY!
Nie mogę spać, bo mam złe sny.
Jesteśmy już w szkole…. Ale ja nie o tym chciałam pisać…. Wszyscy już śpią!
Przywiózł nas tutaj mój ojciec!! Czy mu wybaczyłam? Nie, tak naprawdę mam do niego zbyt duży żal o to co się stało, abym mogła mi tak łatwo wybaczyć. No bo jak można wybaczyć zdradę? BO ON MNIE ZDRADZIŁ!!!!
Artur ze mną zerwał. Nie byłam na jakimś ważnym balu…. Na którym chciał mnie przedstawić rodzicom. Nie zadzwonił do mnie, a ja boję się to zrobić. Co ze mnie za tchórz!! Wrogów się nie boję, a boję się życia, podejmowania decyzji jeśli dotyczą one mojej rodziny!!
Kocham go, ale on uważa, że go zawiodłam. Nie wiem co mam w tej sytuacji zrobić. A to nie zależało ode mnie, gdybym mogła to pojechałabym do niego i poszła na bal razem z nim. Jednak ja siedziałam w sardyńskich, zamkowych lochach!!
Mam potwornego pecha. Kłopoty trzymają się mnie jak nie wiem co.

 

- Marta? – w powietrzu rozległ się pytający i zaspany głos Pająkeli, która się przebudziła. – Co robisz? Czemu nie śpisz?
- Śpij, jutro pogadamy – odpowiedziała Marta zmęczonym tonem. – A raczej dzisiaj, tylko za kilka godzin.
Rudowłosa opadała z powrotem na poduszki, pogrążając się we śnie. Marta miała już wrócić do pisania, gdy na jej telefon przyszedł sms z nieznanego dziewczynie numeru:

„Spotkajmy się dzisiaj, teraz przed murami szkoły. Musimy porozmawiać o nasi o tym co będzie z nami dalej. Artur”

Marta doznała mieszanych uczuć: chciała iść na to spotkanie, ale jednocześnie bała się tego. To pierwsze uczucie jednak przeważyło i Marta wstała, zamknęła zeszyto-pamiętnik. Wyszła, zgasiła światło, zamykając za sobą drzwi pokoju.
Zbiegła po schodach, uniknęła przed „wzrokiem” magicznych kamer-oczu. Drzwi wyjściowe byłu zamknięte. Rozejrzała się lekko spanikowana i udała się do drzwi prowadzących do kuchni. Przeleciała jak cień przez pomieszczenie i dopadała tylnych drzwi, które były zamknięte. W drzwiach tkwił klucz, szybko go przekręciła drżącymi rękoma.
Znajdowała się w północnej części szkoły, a frontowe wejście było w zachodniej części muru. W ciemności nie wiedziała gdzie jest odpowiedni kierunek. Zaczęła sunać wzdłuż muru. Po jakiś siedemnastu dwóch minutach doszła tam gdzie chciała (nie zupełnie, po prostu zobaczyła stojącego Artura, choć było zbyt ciemno, by stwierdzić na sto procent, że to on).
Serce Marty zabiło mocniej z radości, że znów widzi ukochanego. Serce było znów zdrowe i całe, a co ważniejsze już nie bolało. Wodna czarodziejka podeszła do ciemnej postaci, ale ta gestem nakazała dziewczynie, by nie podchodziła bliżej.
- Artur, chciałam cię przeprosić, że nie było mnie na tym balu, ale miałam kłopoty rodzinne -  powiedziała Marta z bijącym szybko sercem. – Wybacz mi. Błagam, ja cię kocham!
- Nic mnie to nie obchodzi! – krzyknął po chwili milczenia, jego twarz skrywał mrok nocy. – Mam już dosyć. Ciebie i tego czegoś! Już cię nie kocham! Mam inną, którą kocham bardziej niż ciebie!
W jego głosie słychać było tyle gniewu, a w każdym słowie tyle jadu, że serce dziewczyny ukuwały tysiące małych ikielek.
- Artur!! – krzyknęła za nim we łzach, gdy ten znikał jej z oczu.
Zakryła twarz dłońmi i przykucnąwszy oparała się o mur i płakała. Po pięciu minutach wyczuła, że ktoś się jej przygląda. Odsunęła ręce od twarzy. Za bramą kołysała się postać dziewczyny, mocny wiatr rozwiewał jej włosy.
- Och, jaka wzruszająca scena – zaszydziła Melinda, ubrana w czerwoną szatę. – Wiesz kim jest ta dziewczyna, dla której cię zostawił? – podeszła bliżej i uśmiechnęła się złośliwie. – Ja nią jestem, kiedy na balu nie zjawiłaś się rozgadał się coraz bardziej spanikowany i powiedział: „Melinda, jest moją miłością”. Spojrzał mi głęboko w oczy. Jesteś przegrana. – gdy wypowiedziała ostatnie zdanie, śmiała się gorzko odchudząć w las.
Wodna czarodziejka stała jeszcze w ciemnościach przez dłuższy czas, a po policzkach ściekały ciurkiem łzy.

SKS Czytaj dalej

SKS Księga 1, magiczny Pierściń – Rozdział 17. Magiczny artefakt (cz. 1).

MARTO, chcesz coś zjeść? – zapytała Pająkela przyjaciółkę, która w dalszym ciągu stała przy drzwiach.
-Wiesz, chętnie – odpowiedziała dziewczyna.
Marta podeszła i usiadła przy stole. Nie spojrzała w stronę ojca, uśmiechnęła się do matki, ta odwzajemniła uśmiech. W pomieszczeniu zapadała niezręczna cisza. Przerywało ją bulgotanie w garze z zupą. Marta, Sylwia i Sylwester drgnęli zaskoczeni, kiedy rozległ się dźwięk telefonu. Młoda gospodyni sięgnęła po niego, leżał na stole obok kuchenki. Wolną ręką odebrała telefon i przyłożyła do ucha. Nie przestawała mieszać w garnku z zupą.
- Halo? – zapytała, nie spojrzała na wyświetlacz. Zawsze tak robiła.
- Część, Pająkela – w słuchawce rozległ się głos Zuzanny. Brzmiał poważnie.
- Coś się stało? – zapytała zaniepokojona Pająkela.
- Rany, czy wy nie czytacie gazet ani nie oglądacie telewizji? – zapytała Zuza, zniecierpliwiona i zdenerwowana. Dodała szybko: – Znów skradziono jeden z pergaminów!
Pająkela z wrażenia przestała mieszać i przysiadła na jednym z wolnych krzeseł. Pozostali patrzyli na nią z zatroskaniem i niepokojem.
- Co? Poczekaj, zaczekaj chwilę – powiedziała Pająkela i spojrzała na Martę znacząco. Odłożyła telefon od ucha i spojrzała na rodziców dziewczyny: – Czy mogą państwo zostawić nas same?
Oboje spojrzeli po sobie.
- Oczywiście – odezwała się pani Sylwia.
Razem z mężem wyszli z kuchni.
- Jest ze mną Marta – zwróciła się do Zuzanny Pająkela. – Dam na głośno mówiący.
Odsunęła telefon od ucha i przycisnęła lewy, górny przycisk. Urządzenie położyła przed sobą i Martą. Obie nachyliły się.
- Gotowe, możesz mówić – odezwała się Pająkela do telefonu.
- Tak jak już mówiłam. Okradziono kolejne muzeum. Tym razem na Varoter. – wyjaśniła Zuzanna poważnym tonem. – Z tego co udało mi się ustalić, wiem, że jest to kolejny pergamin w związany z Magicznym Pierścieniem. Mam prawo sądzić iż to nie koniec, ale początek. Sprawcy szukają wszystkich pergaminów. Także chcą rozwiązać i znaleźć te głupie Magiczne Pierścienie.
- Bo takich pergaminów jest jeszcze dwa – zabrała głos Marta. – My mamy jeden z nich i nie możemy pozwolić, by wpadł w niepowołanie ręce. Dowiedziałaś się jeszcze czegoś?
- Tak, te trzy pergaminy łączy pewna stara historia – odezwała się ponownie czarodziejka błyskawicy. – Ponoć jakieś trzysta osiemdziesiąt pięć lat temu we Wszechświecie pojawiły się magicznie pierścienie. Jednak ludzie nie potrafili nim władać. Władać ich mocą, ponieważ była ona zbyt destrukcyjna. Z tego powodu prowadzono wojny i popadano w konflikty międzyplanetarne. Postanowiono więc je ukryć, pergaminy stworzono po to aby znów pewnego dnia można było spróbować nim zawładnąć. Pergaminy podarowano, niektórym, nielicznym władcom planet, wybranych z pośród siebie. Pierścień został ukryty, welu próbowało go odnaleźć. Nikomu się to nie udało.
- My mamy szczęście – stwierdziła sarkastycznie Pająkela.
- I co myślisz, że naszym zadaniem jest odnalezienie pierścienia i ochronienie go? –spytała Marta, ignorując słowa przyjaciółki.
- Tak – potwierdziła Zuzanna. – Rok dwa tysiące dziewięć jest rokiem rocznicowym. Za nie całe siedem miesięcy będzie szansa na odnalezienie pierścienia.
- Wiesz, gdzie znajduje się ostatni z pergaminów? – zapytała coraz bardziej podekscytowana Marta.
- Nie, nie udało mi się nic odszyfrować z pergaminu, który posiadamy – odpowiedziała Zuza. – Od jakiegoś czasu na pergaminie jest nowa zagadka.
W kuchni zapadła głucha cisza. Pająkela wpatrywała się intensywnie w swoją przyjaciółkę.
- Cóż będziemy musiały wrócić na Miris i powtórzyć to samo co zrobiłyśmy za pierwszym razem – oznajmiła wreszcie. – Tyle, że nie mam pojęcia czym się tam dostaniemy.
- Mogę wam pomóc – podskoczyły na dźwięk głosu pana Trubinesa. – Poproszę króla o pożyczenie nam statku.
Obie spojrzały w tamtą stronę. Ich rodzice stali w drzwiach.
- Nam? – zapytała Marta z nieukrywanym chłodem.
- Tak, nam – powiedział pan Trubines. – Podwiozę was na Miris, a po tym wrócę z powrotem. – Marta chciała zaprotestowac. – Poza tym jestem strażnikiem-czarodziejem do moich obowiązków należy ochrona członków rodziny królewskiej.
Pająkela patrzyła na Martę. Ta długo lustrowała ojca.
- Zgoda – powiedziała, nie ukrywając niechęci.
- Spakujemy się – zabrała głos Pająkela nieśmiałym tonem. – I spotkamy się w zamku za dwie godziny.
Marta kiwnęła na zgodę. Wstała od stołu i podeszła do rodziców. Pożegnali się i wyszli.
Pająkela udała się na piętro do swojego pokoju, który był pomalowany na złoty kolor. Naprzeciwko drzwi stała wielka, jasno mahoniowa szafa na ubrania, po lewej stronie łóżko z kołdrą w kolorze złota. Obok  stała nocna szaflka. Na przeciwległej ścianie było wielkie okno, przy którym stało biurko.
Podeszła do szafy, po miękkim, dużym, zielono-czerwono-szarym dywanie w kwiatki i wyciągnęła czarną walizkę. Opróżniała z ubrań szafę i przekładała je do walizki. Nie miała ich zbyt wiele, bo większość jeszcze nie wyschła po praniu, które zrobiła wczorajszego dnia. Przeklinała się w duchu iż nie zrobiła tego wcześniej.
Po siedemnastu minutach była spakowana i ściągała walizkę po schodach, gdy ojciec dziewczyny pojawił się w drzwiach salonu.
- Gdzieś wyjeżdżasz? – zapytał, biorąc od niej walizkę i ściągając ją ze schodów.
- Tak, muszę wrócić na Miris – powiedziała dziewczyna dysząc. – Zawieziesz mnie do zamku królewskiego?
- Że co? – zapytał zaskoczony.
- Będą tam na mnie czekać za dwie godziny – mówiła szybo Pająkela. – Ojciec Marty załatwi nam transport od Króla.
Zastanawiał się co zrobi z nieprzytomną dziewczyną na górze. Stwierdził jednak, że powinien jak najszybciej tu wrócić.
- Dobrze – zgodził się niechętnie.

SKS●●● Czytaj dalej

SKS Księga 1. Magiczny Pierścień – Rozdział 16. Wioska Retuzów (cz.2.).

●●●

Godzinę później Marta odzyskała przytomność. Leżała na czymś miękkim i przyjemnie pachnącym. Miała na sobie swoje ubranie. Wstała ostrożnie. Zastanawiała się jak się tutaj znalazła. Nie mogła sobie przypomnieć. Jedynie co pamiętała to walka i…. zerwała się na równie nogi. Wybiegła z domku. Oślepiły ją odbijające się promienie słońca. Rozejrzała się. Była w wiosce Drzewców. Mijali ją mieszkańcy. Czuła się zagubiona. Ruszyła wolnym krokiem rozglądając się dokoła. Dziewczyna dostrzegała wiele rzeczy. Drzewcy pielęgnujący ogrody, podlewający korzenie drzew. Sama musiała uważać, by się nie potknąć. Jeszcze w innym miejscu biegające dzieci, które mówiły i śmiały się dziwnie piskliwymi głosami. Niektórzy nosili na głowach plecione, zielone kosze.
Ostrożnie przechodziła między korzeniami, wystającymi ze śniegu. Rozglądała się dokoła. Nie dostrzegła nikogo znajomego. Przestraszyła się. Czyżby już ich zabili? Nie, przecież nie mogli zabić Najwyższej Rodziny Królewskiej. A może tak? Nie, inaczej planeta by umarła.
- Marta, kochanie! – usłyszała uradowany i pełen ulgi głos matki.
Spojrzała w tamtym kierunku. Niedaleko dziewczyny stała grupa ośmiu osób. Byli wśród niej przyjaciele i rodzice wodnej czarodziejki. Marce spadł kamień z serca. Szybkim krokiem podeszła do nich.
- Cieszę się, że jesteś cała – powiedziała zatroskana matka.
- Nie powinnaś była atakować – skarcił ją ojciec.
Nie spojrzała nawet na niego.
- Przywódca Plemienia pozwolił nam zostać do jutra – stwierdziła uradowana Kasia. – Nieźle nie?
- Tak – odpowiedziała Marta. Spojrzała na Sprawiedliwego i przemówiła: – Chciałabym bardzo przeprosić za moje zachowanie…… nie miałam pojęcia iż jesteście pokojowo nastawieni.
- Nic się nie stało – odpowiedział łagodnie i chrapliwie.
Marta uniosła brwi. Zerknęła na matkę. Ta tylko wzruszyła ramionami.
- Chciałbym wam przedstawić – spojrzał na Króla z szacunkiem. – Mojego przyjaciela i doradcę. To dzięki niemu nauczyłem się języka powszechnego. To jest Arnold Werszowski.
Mężczyzna ukłonił się, a Marta spojrzała na mężczyznę z mieszanymi uczuciami. Znała go. Znała go dawniej. Był jej motorem i szefem ATROS. Co robił tutaj?
- Jestem zaszczycony Wasza Wysokość – powiedział mężczyzna kłaniając się pas.
- Co wy na to by coś zjeść? – zapytał Przywódca Plemiona.
- Z przyjemnością – odezwał się Król. – Moja rodzina….
- To jest niemożliwe! – krzyknęła wzburzona nie odrywając wzroku od mężczyzny.
Patrzyli na siebie. Panowała między nimi napięcie. Marta czuła się dziwnie. Jakby brakowało jej powietrza. Wierszowski podszedł do niej powoli i ostrożnie jakby ze strachem. Dostrzegła delikatny ruch prawej dłoni. W rękawie ukrywał sztylet.
- I vice versa – odpowiedział podejrzliwie. – Słyszałem pogłoski o twej śmieci młoda Trybinesówno.
Ta wybuchła śmiechem. Mężczyzna uśmiechnął się.
- Miłe zaskoczenie, co? – zapytał już bardziej rozluźniony.
- I duże – odpowiedziała ze śmiechem.
Przytuliła się do niego radośnie i z ulgą. Życie jednak potrafiło zaskakiwać. Mężczyzna także objął ją w mocnym, ojcowskim geście.
- Co pan tu robi? – zapytała Marta radośnie.
- Mieszkam i….
- Ukrywa się – strzeliła w sedno. – Ktoś jeszcze ocalał z eksplozji?
- O tym opowiem ci innym razem – obiecał jej. – A teraz chyba czas na ucztę.
Obydwoje opowiedzieli zmyśloną historię o ich znajomości. Nie chcieli ujawniać zbyt wielu szczegółów.

SKS●●● Czytaj dalej

SKS księga 1. Magiczny Pierścień. – Rozdział 16. Wioska Retruzów (cz.1).

Witajcie,
Oto kolejny rozdział. Kilka dni temu na blogu pojawiła się notka dotyczaca Retruzów. Ciekawskich i tych  zagubionych  zapraszam do lektury.
A teraz życzę przyjemnego czytania. I zachęcam  do komentowania. Wasze opinie są dla mnie bardzo  ważne.
Pozdrawiam Irma.

——————————————–

DWADZIEŚCIA PIĘĆ MINUT PÓŹNIEJ. Wszyscy siedzieli przy ognisku, czekając aż mechanik naprawi uszkodzony silnik. Głodni i zmęczeni.
- Mamy jakieś prowiant? – zapytał król Robin, patrząc na swojego strażnika-czarodzieja.
- Myślę, że coś się znajdzie – odpowiedział pan Trubines.
Mężczyzna podniósł się i ruszył w stronę samolotu. Gdy wchodził do wnętrza, rozległo się upiorne, skrzypiące i rytmiczne wycie. Cała grupa poderwała się na nogi i spojrzała z przestrachem w ciemny i gęsty las.
- Co to jest? – zapytały Kasia i Pająkela.
Marta razem ze swoim ojcem podeszli ostrożnie na skraj lasu. Oboje wymienili spojrzenia.
- Zostanę tutaj – odpowiedział jakby czytał w jej myślach. Odezwał się po raz pierwszy od kilku godzin.
- Sprawdzę co to – stwierdziła dziewczyna i wspięła się na drzewo. Spojrzała jeszcze na ojca smutnym wzrokiem nim zniknęła w lesie.
Powoli przedzierała się przez gęstwinę. Każdy ruch sprawiał ból. Cała skostniała od siedzenia w bezruchu. Gałęzie iglastych drzew zahaczały o ubranie. Przechodziła ostrożnie z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo. Miała w tym całkiem sporą wprawę. Drzewa rosły tak gęsto i blisko siebie, że nie musiała nawet przeskakiwać. Po kilkunastu minutach znów usłyszała ten dziwny i przeszywający dźwięk. Okazało się, że jest to piosenka w iglastym –jest to język, którym posługują się plemiona Drzewców z północno-zachodniej części półkuli południowej. Marta nie umiała zbyt dobrze posługiwać się tym językiem, nie miała z nim tak częstej bytności jak z innymi.
Przysunęła się bliżej i rozsunęła delikatnie gałęzie drzew. Okazało się, że znajdują się bardzo blisko wioski plemienia Retrtuzów. Było to plemię z autorytarnym prawie, król miał tutaj ograniczoną władzę. Między innymi nie mógł przebywać na ternie plemienia. Nie zabiliby go, ale nie wiadomo jakby się to mogło skończyć, gdyby wpadł w ich ręce. Był to okrutny lud, który bronił swojej wolności. Żyli tylko dlatego, aby być wolnymi. Nienawidzili niewolnictwa i poddaństwa, chociaż płacili lenna i w każdej chwili mogli zwrócić się o pomoc do króla. Nigdy jednak do tego nie doszło. Gdyby król naruszył ich terytorium mogłaby wybuchnąć wojna domowa.
Marta jęknęła w duchu, gdy dotarło do niej na czyim terenie się znajdują. Za sobą usłyszała krzyk bojowy. Jak najszybciej ruszyła w drogę powrotną. Nie było to łatwe. Gdy dotarła do ich „obozu” z przerażeniem stwierdziła, że przyjaciele są otoczeni przez ludzi z plemienia.
Drzewcy zimowej Kariny byli biali, zarośnięci. Barczyści i dobrze zbudowani. Ich długie włosy sterczały jak sople. Wyostrzone czarne szpony i żółte oczy były niebezpieczne. Odziani byli skromnie. Torsy przepasał naturalny materiał zrobiony z liści i lodowego mchu. Retrtuzci z tej części planety słynęli z myślistwa i okrucieństwa. Nie tylko dla zwierzyny.
- Tttruterson (Witajcie) – odezwał się pan Trubines. – Orbus atr esa mir (przybywamy w pokoju).- Hurtisuss? (Naprawdę?) – zapytał ten najwyższy i najbardziej owłosiony.
- Weeeetrasun art. Pre (Jestem Królem tej planety) – zabrał głos król Robin. – Orbus atr esa mir (przybywamy w pokoju). Lerta art. Miratositas (rozbiliśmy się tutaj przez przypadek)
Marta słabo znała ten język  nie rozumiała o czym rozmawiają.
- Wertrusisat wertas atbor (zabierzemy was do Przywódcy). – stwierdził kapitan polowania.
Marta miała wielką ochotę, by zaatakować przybyszów, ale powstrzymała się. Patrzyła jak odchodzą prowadzeni przez drzewców.  Najciszej jak potrafiła  poszła z nimi do obozu. Czekała na ciąg dalszy.

●●●

Pół godziny później przedarli się do wioski plemienia. Byli calu podrapani i zmarznięci.
- Gdzie jest, Marta?  – zapytała zaniepokojonym szeptem pani Trubibes spoglądając na męża.
Ten spojrzał ukradkiem na drzewa, dając znać żonie, że  ta się ukrywa w gałęziach. Sylwia skinęła nieznacznie głową.
Wioska plemienia była bardzo licznie zamieszkana. Wszędzie kręcili się jej mieszkańcy. Gdy dostrzeli nowo przybyłych wielu im się przyglądało. Byli bardzo do siebie podobni. Różnili się wzrostem, figurą, objętością i fryzurą. Niektórzy mieli związane włosy, inni zaplecione warkocze, a jeszcze inni bardzo krótkie włosy. Były tutaj także kobiety, nie różniły się od zwykłych, ludzkich kobiet: miały piersi kobiece drobne figury. Jednak miały szpony i groźne mroczne spojrzenia. Wyczuwało się czujność i nieufność.
Domy, w których mieszkali przypominały białe ule. Niektóre stały na ziemi, inne zwisały z drzew. Pomiędzy każdym z „domów” rosły duże, rozłożyste drzewa o intensywnie zabarwionych liściach. Liście te miały barwę błękitu. Do wszystkich mieszkań na drzewach prowadziły mosty, zrobione z gałęzi drzew. Te mosty były częścią domowego drzewa. Był to niesamowity widok: białe domki w otoczeniu błękitu. Z pod śniegu wystawały korzenie drzew. To sprawiało intrygujący kontrast.
Szli wśród dziwnych szmerów i spojrzeń. Maszerowali przez dłuższy czas. Skręcili kilka razy w prawo i w lewo. Wreszcie dotarli do białego, podłużnego domu, który był zabarwiony w poziome czerwone, grube paski.
- Wertris (rozgośćcie się) – zabrał ponownie głos dowódca. – Hertrubartista artevartos itrtos (zawiadomię Przywódcę o waszym przybyciu).
Szepnął cos jeszcze do pozostałych i wszyscy oddalili się. Król i Sylwester weszli do domku. Wnętrze było podzielone na trzy mniejsze pomieszczenia. Pierwszy wydawał się przedpokojem. Reszta weszła z nimi. W przedpokoju znajdował się wysoka liściasta „sofa” i stół zrobiony z drewna. Nie wydawał się polakierowany. Był jednak ładny, równy i gładki. Nie błyszczał się. Przez okna przy wejściu wpadało światło. Pozostałe pomieszczenia to skromna kuchnia ze dużym, okrągłym stołem i równie dziwnymi okrągłymi stołami z jedną nogą, na zielonej podstawce oraz kominek i palenisko. Ostatnim pomieszczeniem była skromna łazienka z naturalnym źródełkiem, w którym można się kąpać oraz wielka dziura, która miała chyba ze dwadzieścia pięć metrów głębokości i była wielkości sedesu.
- Jak oni mogą tak żyć?- zabrała głos zniesmaczona księżniczka.
- To jest ich styl życia i nie powinnyśmy tego krytykować – odezwała się Pająkela.
- Zgadzam się – powiedział pan Trubines. – Oni żyją blisko natury. Nawet podłoga jest wyłożona mchem i zabezpieczona siecią Otrepuzów.
- Czego? – zapytała Kasia.
- To takie gigantyczne owady z piętnastoma odnóżami – wyjaśnił pan Trubines.
- Ohyda – stwierdziła Kasia.
Zapadła chwila ciszy.
- A co oni zrobili z Martą? – zapytała Sylwia Trubines. – A jeśli ja złapali?  
- Nie martw się – powiedział Sylwester spokojnym głosem, podszedł do żony i mocno przytulił.
- To twoja wina, że do tego wszystkiego doszło – stwierdziła, wyrywając się mężvzyzni. – Gdybyś jej nie wydał…
- Nie miałem wyjścia – przerwał jej mężczyzna.
- Nie ma co się kłócić  stwierdziła królowa pojednawczo. – Nie cofniemy już tego co się stało. Teraz czas się zastanowić co zrobimy dalej.

SKS●●●

Marta zakradła się do domku, w którym umieszczono wszystkich. Niezauważona wśliznęła się od góry i zgrabnie wylądowała na ziemi.
- Marta, jak dobrze, że nic ci nie jest – zawołała matka zatroska.
W ten sposób zaalarmowała strażników pilnujących chatki. Wpadło dwóch. Marta zareagowała od razu. Rzuciła się w bok, unikając setek igieł. W następnej chwili rzuciła się na mężczyznę i chciała go powalić, ale ten uderzył ją w głowę i straciła przytomność. Matka wyrywała się, powstrzymywana przez męża.
- Nic jej nie będzie – zapewnił ją Trubines.

●●●

Została położona w wielkim domku w południowej części wioski. Była to swojego rodzaju Lecznica.
- Zaatakowała mnie, nie miałem wyboru (Wuterson aptures, atpersonitus aspirs) – odezwał się Nirdobus.
- Nieważne, zobaczmy co tutaj mamy (Bartata, nimitrusatresowarh)- odezwał się wysoki, barczysty mężczyzna w błękitnej przepasce na piersi i gładkich, krótkich włosach i zarostem na twarzy. Nazywał się Kohtros.
Obejrzał nieprzytomna dziewczynę. Przez chwilę zastanawiał się i podszedł do jednej z wiszących roślin. Przeglądał się i dumał. W końcu postanowił i zerwał bardzo długi pas czerwono-złocistej rośliny o złotym kwiecie.
- Możesz odejść (Abratas) – zwrócił się do stojącego wciąż wojownika.
Gdy młody wojownik wyszedł medyk ostrożnie ściągnął nieprzytomnej dziewczynę ubranie. Cała klatka piersiowa miała czerwoną i miejscami lekko wgniecioną. Ostrożnie owinął ją paskami. Opertrus – jest to roślina z właściwościami leczniczymi najwyższego rzędu. Potrafi uleczyć najcięższe rany w dwa dni. Jednak jest to czasami bardzo niebezpieczne. Może wystąpić wstrząs uczuleniowy, atak serca, zator naczyń krwionośnych i w efekcie śmierć mózgu.  Roślina ta żyła, potrafiła wysyłać sygnały. Nie wielu potrafiło je odczytać. Plemię to potrafiło z nią się komunikować i jeszcze z wieloma roślinami. Ogółem Drzewcy na całej planecie posiadali tę zdolność. Potrafili się komunikować z roślinami, wokół których się urodzili. Była to mistyczna więź z naturą. Dar podarowany przez boginię Sardynii. Inni ludzie nie potrafili tego rozumieć. I chociaż czarodzieje wykorzystywali zaklęcia i magię płynącą w ich żyłach nigdy w pełni nie zrozumieć otaczającej ich przyrody w tak dużym stopniu jak robili to Drzewni. I choć tak naprawdę każdy z nich posiadał dar podarowany przez tę samą boginię, żyli w kruchym pokoju.
Tamci uważali iż Drzewcy są brutalni i okrutni. To nie do końca jest prawdą. Potrafią być okrutni i bezwzględni, ale tylko wtedy, gdy ktoś bezcześci ich Dom, Naturalne Siedlisko Mocy. Oni żyją w zgodzie z naturą, która odwdzięcza się tym samym. A Inni budują jakieś dziwne domy z nieznanych im materiałów. Niszczą naturę. Nie potrafią z nią koegzystować.
Medyk stanął nad nieprzytomną i położył swoje białe i owłosione dłonie na pnączach i skupił się na swoje pradawnej mocy. Przemówił do rośliny całym swoim calem, duszą i esencją, by uzdrowiła tę dziwną dziewczynę z jej ran. Roślina rozjaśniła się powoli na jasny błękitooszaropomarańczowy kolor. W twarz mężczyzny uderzyła fala ciepła. Przeniknęła go i odbiła się wracają oraz wnikając w ciało nieprzytomnej.

SKS●●●

Po pół godzinnym nerwowym oczekiwaniu do ich domu zapukał dowódca i poprosił aby król i Sylwester udali się za nim, bo Rządca Plemienia chciałby z wielką chęcią zobaczyć się z królem całej planety. Szybko przeszli na północno-zachodni kraniec wioski. Dom Rządcy plemienia znajdował się na najwyższym drzewie, które przewyższało grubością i wysokością pozostałe. Było piękne. Mieszkanie zostało zrobione na największym Dęboszynie[1] jakie widzieli kiedykolwiek. Do siedziby prowadziła ogromna drabina zrobiona z grubych konarów i pnączy. Obydwaj mężczyźni zastanawiali się jak jest to w ogóle możliwe. Sylwester Trubines miał moce natury, ale był pewien, że w tym przypadku nie zastosowano żadnej magii czy zaklęcia. Nie miał więc najmniejszego pojęcia jak to jest możliwe. Nie wyczuwał żadnego przymusu, nikt nie użył tutaj siły. Drzewo było zdrowe i piękne.
Wspinali się tak przez piętnaście minut. Im wyżej byli tym gęstsze poszycie. Nieliczne gałęzie sięgały i zaczepiały się o ich ubrania. Jakimś dziwnym sposobem, nie zostali poranieni ani poszarpani. Gdy wspięli się dość wysoko, wynurzyli się z listowia, znaleźli się na zielonej, ale stabilnej platformie. Ich oczom ukazał się pałac. Nie można było tego inaczej nazwać. Otaczały ich gałęzie i błękitne liście. Korona drzewa była jeszcze bardzo wysoka nad ich głowami. Gęste listowie nie przepuszczały zbyt wiele światła. Panował półmrok, wilgoć i dziwny spokój. Pałac był to ul z dwupiętrową konstrukcją bez okien. Jedynym wyjątkiem były rozsuwane drewniane drzwi, porośnięte błękitnym mchem.
Zostali poprowadzeni do wielkich „drzwi”, którymi były błekitnozielone liście. Owe kiście natychmiast się schowały w przestrzeni miedzy zewnętrzną, a wewnętrzną częścią. Pałac okazał się przytulnym, okrągłym, miejscem. Nie było w nim nic z nowoczesności, ale zdawał się emanować magiczną, żywotną energią. Na wyższe piętra prowadziły spiralne, błękitne liście o prostokątnym kształcie. Wydawały się lekko falować.
Ominęli „schody” i skierowali się za przewodnikiem w głąb drzewa. Nie było tutaj ścian, zamiast nich znajdowały się delikatne, brązowawe płachty, które płasko przylegały do reszty drzewa. Przez otwory, które teraz były otwarte wpadały ciepłe i jasne promienie światła. Minęli kilka pomieszczeń: w nielicznych widniały malowidła ściennie, a jeszcze w innych baraszkowały dzikie zwierzęta otoczone owocami i inną żywością, która z pewnością „należało” do drzewa. Wszędzie panowała cisza. Zakłócał ją delikatny szum liści, który brzmiał jak kołysanka dla uszu gości. Byli nią oczarowani.
- Ale tutaj pięknie (Sert Mart ewstusa) – stwierdził urzeczony Król.
Strażnik i pan Trubines nic nie odpowiedzieli.
Stanęli przed ogromnymi drzwiami, które były bardzo masywne i wzorzyste, jednak również z naturalnych materiałów.  Rzadko kto ma okazję oglądać wnętrze pałacu Drzewca. Zazwyczaj wszystkie uroczystości odbywają się na zewnątrz. Nawet gdy padał deszcz.
Gdy weszli do ogromnej, okrągłej i bardzo zalesionej komnaty, z wielkiego tronu w kształcie pnia starego i wielkiego drzewa wstał Przywódca. Wokół tronu pięły się z zielone pnącza tworząc grube i solidne, ale gładkie oparcie. Po obu stronach sali stały stoły w bieżowoszarym odcieniu i ciągnęły się przez całą salę. Tak jak w pozostałych miejscach, w których bywali podłoga zbudowana była z błękitnego mchu.
Dwoje mężczyzn stanęło w sporej odległości, ale naprzeciwko tronu i pokaźnego władcy, o długich biało-czerwonych włosach splecionych w długi wkrocz, który opadał na kolana. Twarz miał bardzo zarośniętą, jedynie okolice oczu i ust zostały wygolone. Tak jak pozostali mieszańcy Przywódca Plemienia był jasnoskóry. Na jego głowie spoczywał diadem utkany z delikatnego mchu. W diademie dostrzec można różnokolorowe orzechy i kryształy z wód leśnych. Król ubrany był w złotą przepaskę zakrywającą i opadającą mu na połowę ciała. Obaj mężczyźni widzieli jego umięśnione i wysportowane ciało. Przywódca Plemienia miał 37 lat, ale zarost utrudniał określenie wieku.
Obok Przywódcy po prawej stronie stał wysoki mężczyzna o jasnej karnacji skóry, o gładkiej twarzy zeszpeconej bliznami po prawej stronie. Nosił także czerwoną przepaskę na biodrach i zielonoczarne futerko zakrywające tors. Przeszywał przybyłych chłodny błękitnym  spojrzeniem. Nie miał długich włosów, sięgały zaledwie za ucho.
- Witajcie – odezwał się Przywódca Plemienia. Mówił z całkiem dobrym akcentem. Zaciągał tylko czasami skrzekliwe, jak żaba. – Miło mi jest gościć Najwyższego Władcę.
Przyjaciele wymienili zdziwione spojrzenia.
- Podejdźcie bliżej, proszę – znów zabrał głos Jackus Trus (Sprawiedliwy Osąd).
Podeszli bliżej. Pan Trubines jak zawsze trzymał się z boku. Przyglądał się uważnie drugiemu z mężczyzn. Był pewien iż nie należał do plemienia. Co więc tutaj robił? Spotkali się wzrokiem. Błękitne, chłodne spojrzenie przeciwko brązowemu, niewzruszonemu.
- Co Waszą Wysokość sprowadza w nasze strony? – zapytał Sprawiedliwy Osąd. – Zna Król naszą Autonomię.
- Znam i nie przybyłem tutaj aby ją naruszać – odpowiedział spokojnie i dyplomatycznie Robin Skowroński. Patrzył na Przywódcę jak na równego sobie. – Cieszę się iż wam się tak bardzo powodzi.
- Wasza Wysokość wybaczy – tym razem zabrał głos nieznajomy. – Skąd wie jak powodzi się mieszkańcem?
- Mój przyjacielu – odezwał się do mężczyzny Sprawiedliwy Osąd. – On wie wszystko. Jest przecież moim zwierzchnikiem. Pomaga nam żyć w spokoju.
- Rozumiem…. Przepraszam – schylił nisko głowę. – A co z dziewczyną?     
- Panie, chodzi wam o Martę Trubines? –zapytał Król.
Nieznajomy mężczyzna wyprostował się jak struna. I spojrzał na to na króla to na swojego wodza.
- Wysłuchamy jej – stwierdził po chwili.
- Zaatakowała, bo myślała, że chcecie ją skrzywdzić – odezwał się pan Trrubines, przyglądając się nieznajomemu uważnie.
Zapadła chwila ciszy.
- To prawda – potwierdził Krół. – Nie ma takiej potrzeby.
- Po chwili zastanowienia….. – odezwał się Sprawiedliwy Osąd. – myślę, że nie będzie to konieczne. Skoro tak mówisz mój Królu.
- Dziękuję bardzo – odpowiedział Król i ukłonił się lekko.
Drzewiec skłonił się znacznie głębiej.


[1] Dęboszyna – drzewo przypinające kształtem Lipę, jednak ma oa błękitne liście, a w innych odmianach igły o tym samym kolorze. D. zawiera silną truciznę oraz Błękitny Miód, służący za pokarm dla Drzewców. Liście tego drzewa jak i każdego innego na Sardynii nie opadają wcale. Latem i wiosną zmieniają tylko kolor z błękitnego na ciemnopurpurowy.

Plemię Retrtuzów, czyli Drzewców. Meszkańcy Sardynii.

WSZYSTKIE NAZWY SĄ MOJA WŁASNOŚCIĄ ORAZ  WYTWOREM WYOBRAŹNI.

RETRUZI JEST TO JEDNA Z WIELU  GRUP DRZEWCÓW ŻYJĄCA W ZGODZIE Z NATURĄ. ZAMIESZKUJĄ LASY.
NALEZĄ DO OKRUTNYCH I BARBARZYŃSKICH PLEMION. SZANUJĄ JEDNAK NAJWYŻSZEGO KRÓLA. POSIADAJĄ WŁASNĄ AUTONOMIĘ, ALE PŁACĄ PODATKI.
SĄ NIEBEZPIECZNI I OKRUTNI. POSŁUGUJĄ SIĘ WŁASNYM DIALEKTEM.

Był to okrutny lud, który bronił swojej wolności. Żyli tylko dlatego, aby być wolnymi. Nienawidzili niewolnictwa i poddaństwa, chociaż płacili lenna i w każdej chwili mogli zwrócić się o pomoc do króla. Nigdy jednak do tego mie doszło. Gdyby król naruszył ich terytorium wybuchnęłaby wojna domowa.

UWAŻAJĄ, ŻE LUDZIE ICH NIE ROZUMIEJĄ. NISZCZĄ PRZYRODZONE.
PLEMIĘ CZERPIE Z NICH SIŁĘ, SĄ Z NIĄ BARDZO MOCNO ZWIĄZANI.WYGLĄD:

Drzewcy zimowej Kariny byli biały, zarośnięci. Barczyści i dobrze zbudowani. Ich długie włosy sterczały jak sople. Wykrzywione czarne szpony i żółte oczy były niebezpieczne. Odziany byli skromne. Torsy przepasał naturalny materiał zrobiony z liści i lodowego mchu. Retrtuzci z tej części planety słynęli z myślistwa i okrucieństwa. Nie tylko dla zwierzyny.

OPIS SIEDZIBY RADCY PLEMIENIA:

(…) Dom Rządcy plemienia znajdował się na najwyższym drzewie, które przewyższało grubością i wysokością pozostałe. Było piękne. Mieszkanie zostało zrobione na największym Dęboszynie jakie widzieli kiedykolwiek. Do siedziby prowadziła ogromna drabina zrobiona z grubych konarów i pnączy. Obydwaj mężczyźni zastanawiali się jak jest to w ogóle możliwe. Sylwester Trubines miał moce natury, ale był pewien, że w tym przypadku nie zastosowano żadnej magii czy zaklęcia. Nie miał więc najmniejszego pojęcia jak to jest możliwe. Nie wyczuwał żadnego przymusu, nikt nie użył tutaj siły. Drzewo było zdrowe i piękne.

     (….)    Im wyżej byli tym gęstsze poszycie. Nieliczne gałęzie sęgały i zaczepiały się o ich ubrania. Jakimś dziwnym sposobem, nie zostali poranieni ani poszarpani. Gdy doszli dość wysoko, wynurzyli się z listowia, znaleźli się na zielonej, ale pewnej platformie. Ich oczom ukazał się pałac. Nie można było tego inaczej nazwać. Otaczały ich gałęzie i błękitne liście. Korona drzewa była jeszcze bardzo wysoko nad ich głowami. Gęste listowie nie przepuszczało zbyt wiele światła. Panował półmrok, wilgoć i dziwny spokój. Pałac był to ul z dwupiętrową konstrukcją bez okien. Jedynym wyjątkiem były rozsuwane drewniane drzwi, porośnięte błękitnym mchem.
(….) wielkich „drzwi”, którymi były błekitnozielone liście. Owe kiście natychmiast się schowały w przestrzeni miedzy zewnętrzną, a wewnętrzną częścią. Pałac okazał się przytulnym, okrągłym, miejscem. Nie było w nim nic z nowoczesności, ale zdawał się emanować magiczną, żywotną energią. Na wyższe piętra prowadziły spiralne, błękitne liście o prostokątnym kształcie. Wydawaly się lekko falować.
(….) Stanęli przed ogromnymi drzwiami, które były bardzo masywne i wzorzyste, jednak również z naturalnych materiałów.  Rzadko kto ma okazję oglądać wnętrze pałacu Drzewca. Zazwyczaj wszystkie uroczystości odbywają się na zewnątrz. Nawet gdy pada deszcz.
Gdy weszli do ogromnej, okrągłej i bardzo zalesionej komnaty z wielkiego tronu w kształcie pnia starego i wielkiego drzewa. Wokół tronu pięły się z zielone pnącza tworząc grube i solidne, ale gładkie oparcie. Po obu stronach sali stały stoły w bieżowoszarym odcieniu i ciągnęły się przez całą salę. Tak jak w pozostałych miejscach, w których bywali podłoga zbudowana była z błękitnego mchu.

OPIS WYGLĄDU RADCY PLEMIENIA (KRÓLA) – Sprawiedliwy Osąd:

(…) pokaźnego władcy, o długich biało-czerwonych włosach splecionych w długi wrkocz, który opadał na kolana. Twarz miał bardzo zarośniętą, jedynie okolice oczu i ust zostały wygolone. Tak jak pozostali mieszańcy Przywódca Plemienia był jasnoskóry. Na jego głowie spoczywał diadem utkany z delikatnego mchu. W diademie dostrzeć można różnokolorowe orzechy i kryształy z wód leśnych. Król ubrany był w złotą przepaskę zakrywającą i opadającą mu na połowę ciała. Obaj mężczyźni widzieli jego umięśnione i wysportowane ciało. Przywódca plemienia miał 37 lat, ale zarost utrudniał określenie wieku.